piątek, 20 maja 2011

obumieranie

 hmm, wiesz, uważam, że jak na pierwszy raz to nałożyłaś za dużo tego lakieru na paznokcie. stanowczo za gruba warstwa, a przecież on wcale nie prześwituje... Kinoteka, myślę, że powinnaś troszkę wyluzować i zmyć te pięćdziesiąt warstw zostawiając jedną. z czasem owszem, mogłabyś domalować, ale obecnie - jest to całkowicie zbędne. jestem świadoma, że jarasz się nowym kolorem, bo przecież jest tak "idealny", cudowny i spałaś z nim całą noc non stop się uśmiechając, ale nie nakręcaj się aż tak, bo to do niczego dobrego nie prowadzi. przecież wiesz: TWÓJ KOT ZDECHŁ, ALE MOŻESZ GO SOBIE ZATRZYMAĆ.
co jeszcze o lakierach? jestem zaniepokojona, że Twój lakier zostawi takie same ślady po sobie, jak mój ostatni. lakiery niesprawdzonych firm potrafią robić takie niespodzianki, niestety.


umarłam. dlaczego miałam nie umrzeć?

obumieranie przychodziło powoli i nawet nie bolało. owszem, pojawił się najpierw męczący kaszel, następnie duszności, a do tego wszystkiego dochodził brak snu... Kinoteka najpierw pomyślała, że z tego wyjdzie, lecz potem zrozumiała, że nie może, że taki jest jej los i musi to przyjąć z honorem. czekała na dalszy tok zdarzeń. wiedziała bowiem, że coś jest nie tak. ona potrafiła przeczuwać. najmocniej jednak czuła te złe rzeczy, niestety. potrafiła obudzić się ze świadomością, że tego dnia zdarzy się coś złego, bardzo złego. nie umiała przed tym uciekać. nie potrafiła oszukiwać przeznaczenia. potrafiła jednak pieprzyć wszystko co zaczynała robić. gdy jej na kimś/czymś zależało potrafiła to spieprzyć w rewelacyjnie szybkim tempie. obecnie mogłaby napisać: tępie, bo przecież bywała tępa. już nie bywa, obumarła. zbyt dobry, kochany skurwysyn przyzwyczajający się do ludzi w pięć sekund obumarł. obecnie na swój pogrzeb przeczuwa złe wieści, dlatego też siedzi z totalnym pokerface i nie wykazuje żadnych emocji, jak na osobę umarłą przystało.

w ogóle, jak to się stało?

już tłumaczę. tłumaczę ostatnie tchnienie duszy. Kin postanowiła wyjść po raz ostatni na powietrze podczas burzy, z racji tego, że zawsze pociągało ją to, co i przerażało (prócz pająków i innych ohydnie ohydnych rzeczy). usiadła więc sobie pełna szczęśliwości, że przez tą ulewę pochowały się ohydne owady. paliła papierosy i myślała, że nie umrze tak, jak zawsze planowała umrzeć - na zawał. to niesamowite, jak życie potrafi być przewrotne i płatać figle. od niedawna odkryła, że wszystko to, co dzieje się dookoła jest żartem, więc odsunęła od siebie złe myśli i wpatrywała się w dym odlatujący w górę, obijający się o krople deszczu. nagle wszystko ucichło, deszcz przestał spadać z nieba, został po nim tylko i wyłącznie zapach. zapach, który Kin uwielbiała od dzieciństwa. zapach, którym najchętniej psiukałaby się każdego ranka, mówiąc: kobieta bez zapachu, to kobieta bez przyszłości. komary wyszły na powierzchnię ziemi, lecz nie polubiły dymu papierosowego, co też sprawiło uśmiech na jej twarzy. cała mokra, zauważyła, że deszcz nie zniszczył dmuchawców... to ciekawe. postanowiła więc mieć normalne życie i pójść nakarmić swoją złotą rybkę. niedźwiadek jednak chyba stwierdził, że jest otyły i nie wypada mu jeść przy ludziach, więc poczekał, aż Kin odejdzie. nie dał jej nawet szansy na trzy życzenia. to doprawdy oznaka obumierania... kiedy nawet własna ryba, będąca niedźwiedziem nie daje ci możliwości spełnienia marzeń. wtedy już wiesz, że prawie cię nie ma na tym świecie. Kin wiedziała... i nie miała siły, by krzyczeć, choć przecież zawsze bała się pająków.




i to jednak nie chodziło o zdechłego kota, jednakże na pewno o niego chodzi. ja to wiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz