wtorek, 29 marca 2011
poniedziałek, 28 marca 2011
ja już podziękuję Ci za tą renderację, chyba nam wystarczy. mi bynajmniej już tak...
ach, tyle myśli przenika mą głowę. nie potrafię ich zebrać i określić. jest mi przykro - to na pewno. z drugiej strony cieszę, bardzo cieszę tymi prawdziwymi przyjaciółmi.
myślę sobie, co taki człowiek jak Ty może sobie myśleć leżąc samotnie w łóżku... jak musi być okropnie zimno i pusto. jeszcze bardziej zimno i jeszcze bardziej pusto niż u mnie. zwłaszcza teraz, gdy tak bardzo chcesz nam to odpokutować. nie jej. nam. widzę to, znam to doskonale. od lat, od osiemnastu lat wciąż ten sam scenariusz, jak jakieś pierdolone błędne koło. są chwilę, w których naprawdę chciałabym, by to się skończyło. byście wy to skończyli... a z drugiej strony - szkoda mi was. i jednej strony i drugiej. choć bywam tak strasznie wściekła i pyskata. kocham. najbardziej na świecie kocham, każdego z osobna z waszymi problemami.
jedyne na co mam ochotę do rzucić się na telefon, zadzwonić do ciebie i usłyszeć choć jedno słowo. nawet nie musi być przyjemne w odbiorze. ważne, że od Ciebie.
wiem jednak, że nie mogę, że to nie jest dobry pomysł, a już na pewno dobry sposób, by cokolwiek zmienić. i siedzi we mnie ten cholerny lęk. niepokój... straszny, taki, o którym zawsze Ci mówiłam.
i to, co odnalazłam ze swoich gimnazjalnych zapisek...
powoli uświadamiam sobie,
że nie doceniam tego, co mam.
a mam naprawdę dużo.
mam rodzinę.
nie zawsze jest kolorowo,
ale ich mam.
mam mamę,
mam tatę,
mam brata.
to oni są najważniejsi w moim życiu.
to dzięki nim żyję.
ja nie potrafię im za to podziękować.
jestem zdrowa.
tylu ludzi na świecie cierpi...
ja jestem zdrowa.
Bóg mi to dał,
a ja nie potrafię mu za to podziękować.
mam przyjaciół,
kolejnych najważniejszych ludzi.
ludzi, którzy nie przejdą obok mnie obojętnie,
którzy są bez względu na wszystko.
ja nie potrafię im za to podziękować.
zgubiłam się w moim życiu.
skręciłam w jakąś ślepą uliczkę,
modlę się tylko cicho, by nigdzie nie znaleźć napisu:
"koniec gry"
i wyjść z tego wszystkiego przegranym...
błąkam się więc w ciemnościach
widząc jedynie to, że jest źle.
nie umiem znaleźć światła mimo tego, że
MAM TAK WIELE.
od lat jestem emo.
niedziela, 27 marca 2011
o kołyszących się liściach.
chciałabym umieć tak jak Ty.
chciałabym umieć wyrzucać ze swojego życia tych ludzi, którzy zachowują się wobec mnie nie fair...
chciałabym ich wyrzucić. skazać na wygnanie i zatracenie.
nie potrafię, ale się nauczę. ola człowiek skurwiel. nie dość, że cham, to jeszcze skurwiel.
tak wygląda skurwiel ola.
a to mój chłopak patryk:
chciałabym umieć wyrzucać ze swojego życia tych ludzi, którzy zachowują się wobec mnie nie fair...
chciałabym ich wyrzucić. skazać na wygnanie i zatracenie.
nie potrafię, ale się nauczę. ola człowiek skurwiel. nie dość, że cham, to jeszcze skurwiel.
tak wygląda skurwiel ola.
a to mój chłopak patryk:
ZDJĘCIE CHWILOWO NIEDOSTĘPNE
a więc mój słodki chłopak Patryk kocha najbardziej na świecie swojego małego skurwiela mimo tego, że skurwiel jest WIEEEELKIM bydlakiem. patryk jest tak dobry i kochany. codziennie przynosi mi śniadanie do łóża i nosi za mnie torebkę. zawsze powtarza: "nigdy nie kochałem nikogo bardziej, niż Ciebie", a ja chichoczę wtedy nieśmiało rumieniąc się. zawsze jest to tak ckliwe wyznanie. mimo tego, że jesteśmy ze sobą już cztery tygodnie i łączy nas świetlista przyszłość. powiem wam w tajemnicy, że patryk bardzo chce mi się oświadczyć. mówi on: "jesteś taka słodka jak się uśmiechasz. chciałbym cię zjeść, ale co by mi potem pozostało? kochanie, nie bolało Cię jak spadłaś z nieba specjalnie dla mnie? jesteś istnym aniołem! pobierzmy się!" na co ja: "wypierdalaj bez pierścionka". patryk więc zatrudnił się w ochronie. chroni on bardzo ważne osobistości. kasjerów, kasistów, nazistów. zarabia na oświadczyny i nasz wspólny dom! :*** <33
PATRYK FOREWA AND EWA <333
piątek, 25 marca 2011
zamieszkamy w ulu.
uważam, że właśnie tak wygląda nasze pierwsze kochające zdjęcie.
lubię miód, bez względu na posiadanie pasieki, czy jej brak.
drogi grajku. mogę być twoją znajomą, taką dobrą znajomką, z którą byś spędzał dwie przerwy dziesięcio minutowe na dzień, by twoja samotność nie była aż tak cholernie samotna. nawet dla ciebie mogłabym być twoim znajomym.
znajomym, no bo wiesz... z racji tego, że bardzo lubię miód opowiem ci swoją historię. ckliwą dość. przygotuj więc sobie jakieś chusty z biedrony (mam nadzieję, że brałeś ostatnio udział w akcji: "kupuję w biedronce. jestem ubogi." bo ja jestem bardzo ubogi i bardzo biedny. jestem kutaskiem smutaskiem, lecz bez kutaska, ale do tego dążę właśnie w mej historii).
kiedyś, gdy chciałam być z Kazimierzem, a byłem mężczyzną musiałem coś zrobić. Kazimierz bardzo nie lubił homoseksualistów, mówił, że "kurwa geje". więc nie mogłem zostać 'kurwagejem'. postanowiłem zostać kurwa olą. były też inne powody dokonania tego niecnego czynu obcięcia swego przyrodzenia i pozostania transwestytą. nazywałem się aleksander, ale nie byłem wielki. byłem niski, jak na mężczyznę, lecz obecnie, jak na kobietę to jestem koniem, tak troszkę. więc byłem aleksandrem i miałem pięć lat, gdy chciałem zostać strażakiem. powiedziałem to swojemu starszemu bratu. mój starszy brat powiedział: "chujem, a nie strażakiem". bardzo nie chciałem zostać chujem. popłakałem się i powiedziałem sam do siebie: "nigdy nie pozwolę, bym był tym czymś, co siedzi sobie grzecznie w moich majteczkach". miałem wielką traumę. gdy miałem więcej lat, niż pięć tata kupił mi konia. koń śmierdział. pomyślałem wtedy: "a jeżeli wszystkie konie tak śmierdzą? nie chcę, żeby to coś, co siedzi grzecznie w moich majteczkach kiedyś zaczęło śmierdzieć"... a potem pojawił się kazimierz. nie chciałem być mężczyzną. to było zbyt męczące. chciałem być blondynką lubiącą miód i mającą jakimś tam żyjących znajomków. i tak podjąłem się kurewsko bolącemu zabiegowi (oszczędzę ci szczegółów).
tak powstała ola. więc jestem olą, blondynką, mam żyjących znajomych i lubię miód. co najlepsze, mogłabym polubić również ciebie, no bo dlaczego nie. lubię grajków i miód, a ty masz miód.
więc obecnie mógłbyś pośpiewać mojemu choremu ojcoju, który na twój widok na pewno wróciłby z zagrabiania podwóra z krzykiem: "NO SIEMAAA GRAJEK", taak, choroba od razu by zniknęła. poprosiłabym cię wtedy, byś zagrał obojętnie co, a ty zagrałbyś właśnie to co chciałam. dlaczego? (taaak, też chciałabym, byś czytał mi w myślach i spełniał moje marzenia. niestety, jest inny powód)
mianowicie: z twojego sprzętu wciąż słychać jedną melodię.
a słowo na dziś to: bydlak. więc jak bydlak grałbyś mi ową pieśń, a ja podjarana wyjadałabym miód ze
słoika, który podarowałby mi twój tata ze swego ula. do twojego domu musiałabym przelatywać, bo twoje podwórko składa się z tak wielu ulów. ul na ulu. osa na osie. o nie! nie przelatywałabym! boję się os.
z czego wynika, że nigdy bym do ciebie nie przyjechała, ale miłość by kwitła z człowiekiem orkiestrą i jego irracjonalnym myśleniem, bo pomimo tego, że nie żyje, to jednak jego nie życie opiera się na byciu
mężczyzną.
czwartek, 24 marca 2011
zło wcielone.
wiesz, że wszystko co złe pochodzi ode mnie?
jeżeli nie wiedziałeś/aś to właśnie w tym momencie łaskawie Cię olśniłam.
pamiętasz ową noc w klubie, po której został ci ten ślad na koszulce, którego twoja mama nie może sprać do dziś? wiem kociaku, wiem, pamiętasz, ale ja tak lubię ci go przypominać.
kiedy to już wyssałeś ślinę z każdej możliwej panny w klubie, ja rzuciłam się na ciebie tak, jak na chorą psychicznie nimfomankę przystało, gdyż miałeś białe, a do tego czyste najki. nie interesowało mnie to, że byłam świadoma swego stanu, w którym to człowiekowi pijanemu jest tak strasznie wszystko jedno. więc tak jak wspomniałam, bądź nie wspomniałam kłusem leciałam na ciebie, by powąchać twój nieprzyjemny w ową godzinę już odór. nie interesowało mnie to, że jebiesz. miałeś niebo w oczach, a ja nawet lubię niebo. w danej chwili lubiłabym nawet trawę, bobra, czy chomika w twych oczach. niebo jednak było dość sympatyczne. przez drogę, której nie było zbyt wiele zastanawiałam się, co zrobić, by zwrócić na siebie uwagę, więc rzucając się na ciebie postanowiłam udać, że się przewracam. udawanie się nie udało. wyjebałam się przed tobą, a ty co? a ty mnie podniosłeś i wziąłeś na swego rumaka do reanimacji. nieee, nie na takiego rumaka. wziął mnie do swej karocy, sprzętu, który potocznie nazywamy samochodem i zawiózł do jakiegoś pomieszczenia, które kurwa było karuzelą. wkurwiłam się bo sobie myślę... nie dość, że jestem najebana i chcę seksu to jeszcze jakaś pierdolona karuzela? :O
ty niewzruszony moim stanem rzeczy układałeś sobie ubrania w kosteczkę.
zawieruszyła się koło mnie jakaś jedna koszulka i upsss, karuzela zadziałała rzygopędnie.
któż by pomyślał, że po tej historii będziemy mieli piątkę dzieci i dwa lata małżeństwa za sobą pysiakuuu!
poebao, a co miao nie poebać.
to najdziwniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek zdziełałam. zawsze lubiłam romantyczne historię. kominek, świeczuszki, łóżeczko, gwiazdki, księżyc, lovelove i te sprawy.
no i?
no i kurwa gówno. moja mama podjęła tą kurewsko złą decyzję pójścia do sali samobójców, zwanych potocznie szkołą. po raz kolejny wróci z podniesionym ciśnieniem i gulą w gardle, która przy okazji przyjdzie również do mnie.
a miało ją to jebać, no.
a więc mami, miłego popołudnia. <3
a na dworze nic innego, jak wichura. wichurka, wichureczka, przyjemny WICHER, kurwa chuj.
pomijając fakt, że ostatnie dni, które przeleżałam w chorobie były cudownie słoneczne.
pozdrawiam. :)
a miało ją to jebać, no.
a więc mami, miłego popołudnia. <3
a na dworze nic innego, jak wichura. wichurka, wichureczka, przyjemny WICHER, kurwa chuj.
pomijając fakt, że ostatnie dni, które przeleżałam w chorobie były cudownie słoneczne.
pozdrawiam. :)
ta notka miała być o seksie i spustach, ale z powodu kurewskiego pomysłu mojej mamy - nie jest.
może za parę chwil.
środa, 23 marca 2011
wyszłam za mąż, zaraz wracam.
mam tak straszne humory, że gdyby sytuacja była inna bałabym się, że za kilka miesięcy wyjdzie ze mnie coś płacząc, krzycząc i ogłuszając mnie tym samym. kochałabym jednak to stworzenie, czymkolwiek w połączeniu z tobą mogłoby być. jednak prawdopodobieństwo przyjścia na świat jakiejkolwiek osobistości wychodzącej ze mnie jest tak strasznie zerowe, że bardziej zerowe być już nie może.
umartwiałam się dziś do południa całym światem. wzięłam na siebie wszystkie wasze krzyże i gdybym miała coś pod ręką nawet zaczęłabym się biczować, no bo czemu nie. jednak leżałam w łóżku grzecznie i płakać mi się chciało nad losem wszystkich.
wypiłam herbatkę i nadszedł do mnie humor radości. śpiewałam wszystkie hity jakie znam po kolei, tańcząc przy tym skocznie, tzw. tańce hulahula. martwiłam się jedynie tym, czy przy moich kłusach niczym adam małysz podłoga się nie urwie.
następnie zrobiłam z siebie naukowca, założyłam sobie okularki "zerówki" i przysiadłam zacnie do matematyki i biologii, mrr. to co lubię najbardziej koty!
obecnie złapał mnie wkurw bo wkurwiłam się nie wiem na co, ale irytuje mnie każde wasze słowo, a więc milcz, proszę, milcz.
cały dzień w sumie zastanawiałam się, czy naprawdę byłam sama, czy kilka cudownych dusz otaczało mnie od góry do dołu. myślę, że jednak zaufam twojej wersji. tak będzie mi przyjemniej.
moja kochana mama zaproponowała mi dziś wyjazd z nimi nad morze. moja kochana mama, wspaniałomyślna. :* tylko... czy ja dożyję lipca?
a więc jestem chora i piszę. non stop coś piszę. -.-
nie wiem, ja nie mam recepty na szczęście.
ach, jaki to miał być miły post na temat dzieciństwa, rycerzy, snów i innych słodziaśnych rzeczy.
i co? i gówno.
nie wiem jak można, lecz Ty zapewne wiesz. nie wiem, co to ma być, ale nat. wie, żeś niezły agent. nie podoba mi się to, co obecnie jest między nami. nic mi się nie podoba. zamiast kurwa zająć się czymś meeegaaaa inteligentnym ja siedzę i prawie walę głową o ścianę, cóż by tu zrobić, by było dobrze. i cokolwiek bym nie zrobiła i jak bardzo bym się nie starała jest dobrze przez kilka dni, no dobra - nawet do miesiąca, a potem się chrzani. wszystko bym oddała, by być obok Ciebie i móc przetłumaczyć Ci to wszystko 'z polskiego na nasze'.
blokujesz mnie, by za pięć minut odblokować. tak, to wszystko ma swój sens, a ja mam:
chyba czeka mnie jakieś wypracowanie na ten temat, jeżeli powiesz trzy słowa, które nie przypadną mi do gustu bo w ten sposób nie będziemy się bawili.
i co? i gówno.
nie wiem jak można, lecz Ty zapewne wiesz. nie wiem, co to ma być, ale nat. wie, żeś niezły agent. nie podoba mi się to, co obecnie jest między nami. nic mi się nie podoba. zamiast kurwa zająć się czymś meeegaaaa inteligentnym ja siedzę i prawie walę głową o ścianę, cóż by tu zrobić, by było dobrze. i cokolwiek bym nie zrobiła i jak bardzo bym się nie starała jest dobrze przez kilka dni, no dobra - nawet do miesiąca, a potem się chrzani. wszystko bym oddała, by być obok Ciebie i móc przetłumaczyć Ci to wszystko 'z polskiego na nasze'.
blokujesz mnie, by za pięć minut odblokować. tak, to wszystko ma swój sens, a ja mam:
chyba czeka mnie jakieś wypracowanie na ten temat, jeżeli powiesz trzy słowa, które nie przypadną mi do gustu bo w ten sposób nie będziemy się bawili.
wtorek, 22 marca 2011
chodź, chodź ze mną do łóżka, no chodź!
ostatnio bardzo wyraźnie dotknął mnie problem otaczającego nas świata, a mianowicie tego, co faceci mają w swym mózgu (o ile w ogóle są szczęśliwymi jego posiadaczami).
kobiety od lat powtarzają, że mężczyznom tylko jedno w głowie.
naprawdę miałam nadzieję, że nie wszystkim, że nie tylko to... myliłam się, a bynajmniej na ową chwilę tak mi się wydaje. bardzo wyraźnie mi się wydaje.
wszelakie pomysły ze spustami, bądź "fuck friend" są nie tylko przerażające! są do tego wszystkiego jeszcze obrzydliwe. nie wyobrażam sobie nie związku z seksem. myślałam, że mam bujną wyobraźnię, ale nie, nieee, wy macie większą i co najciekawsze - wcale wam jej nie zazdroszczę.
naprawdę mam ochotę poznać miłego chłopca, któremu będzie w głowie choć odrobinę coś innego niż współżycie z byle kim. byleby włożyć, zaspokoić swe zacne prącie i być szczęśliwym bo? ZASPOKOJONYM. czegoż więcej do szczęścia potrzeba?
oczywiście, zgadzam się z tym, że gdyby mężczyzna w ogóle nie myślał o seksie, to byłoby dziwne. oczywiście, zgadzam się również z tym, że cholernie uogólniam, ale to nic.
słowo, które ostatnio słyszę z ust niezidentyfikowanych chłopców to: seks, seks, seks.
a gówno i tak jest odpowiedzią na wszystko.
THE WAY YOU TURN ME ON.
sama już nie wiem, czy próbuję Cię zrozumieć za bardzo, czy nie próbuję w ogóle.
sama nie wiem, czy faktycznie nie jest tak, że próbuję przekręcić to wszystko na swoje, ale...
no i właśnie problem zaczyna pojawiać się przy owym "ale". wszystko to tak strasznie nasiąkło ucieczką i bojaźnią, że aż w moim pokoju czuć ten nieprzyjemny odór. ja też się boję. bałabym się o wszystko.
o przyszłość, o poglądy, o rodzinę i o stos innych ważnych rzeczy, lecz nie potrafię uciekać przed tym uczuciem, nie potrafię go w sobie zagasić. nawet nie chcę. choć tysiąc razy wydawało mi się, że już to zrobiłam i że jest w porządku - to WRACA.
wraca jak pieprzony bumerang rzucony gdzieś do afganistanu, któremu z powrotem do oli się zejdzie, ale po jakimś czasie i tak wróci i pierdolnie ją z całym impetem prosto w japę krzycząc przy tym: 'NO SIEMAAA!'.
serce i rozum w permanentnej niezgodzie. wiecznie przeciwko sobie. wiecznie, jak armie wrogie.
to nic, że mój każdy sen jest o Tobie i to nic, że nawet w każdym śnie muszę się siłować ze swoimi słabościami i ciągle dokonywać wyborów. mój mózg działa 24 godziny na najwyższych obrotach i naprawdę jest zmęczony swą działalnością... ale to nic. lubię te sny.
wtedy mogę Cię dotknąć, mogę z Tobą porozmawiać. mogę Cię pocałować.
wtedy widzę Twoje zielone oczy z kropkami, a nawet czasem Twój uśmiech...
tak, czasem się do mnie uśmiechasz...to niesamowite, prawda?
to właśnie w nocy mogę się nacieszyć Twoją obecnością. Twoją bliskością, Twoimi złośliwymi żartami, gówniarami i blondynkami. tak kurwa, cholernie mi tego brakuje.
chyba nikt oprócz mnie nie popiera owego związku. bynajmniej cała reszta ma do niego stosunek analny. łącznie z nim.
całe życie spusty i spusty,
taak. chciałabym wierzyć, że my, że świat, to coś więcej niż krew, pot, sperma i łzy.
cierpię na nicnierobienie, a najgorsze jest to, że maj zbliża się wielkimi krokami. strasznie, ale to strasznie się boję. tak wiem, nie tylko ja.
poza tym boję się jeszcze wielu rzeczy, lecz w przeciwieństwie do niektórych przed nimi nie uciekam. uciekam tylko do Ciebie przed brakiem Twojej osoby, lecz także nie do przesady. zazwyczaj boję się rzeczy i zjawisk, których tak naprawdę nie potrafię nazwać, ale są one w mojej głowie. nieubłaganie. brakuje mi "o" zamiast "i" w kichaniu. jejkuu.
najbardziej mam ochotę znaleźć się z Tobą w jednym pomieszczeniu, tak blisko, by czuć jak oddychasz. tak, by czuć Twą złośliwość, której tak bardzo nie chcesz mi już podarować. o miłości nie wspomnę, o jakimkolwiek miłym uczuciu - nie wspomnę. chcę słuchać, jak wmawiasz mi, że jesteś zły...
EVERY DAY IS GOOD TO CHANGE EVERYTHING. ja w to wierzę. Ty też wierzyłeś, dopóki nie zaczęło chodzić o nas.
miałam wspomnieć o Tobie. więc masz rozdwojenie jaźni i deficyt mózgu kochanie. :*
sama nie wiem, czy faktycznie nie jest tak, że próbuję przekręcić to wszystko na swoje, ale...
no i właśnie problem zaczyna pojawiać się przy owym "ale". wszystko to tak strasznie nasiąkło ucieczką i bojaźnią, że aż w moim pokoju czuć ten nieprzyjemny odór. ja też się boję. bałabym się o wszystko.
o przyszłość, o poglądy, o rodzinę i o stos innych ważnych rzeczy, lecz nie potrafię uciekać przed tym uczuciem, nie potrafię go w sobie zagasić. nawet nie chcę. choć tysiąc razy wydawało mi się, że już to zrobiłam i że jest w porządku - to WRACA.
wraca jak pieprzony bumerang rzucony gdzieś do afganistanu, któremu z powrotem do oli się zejdzie, ale po jakimś czasie i tak wróci i pierdolnie ją z całym impetem prosto w japę krzycząc przy tym: 'NO SIEMAAA!'.
serce i rozum w permanentnej niezgodzie. wiecznie przeciwko sobie. wiecznie, jak armie wrogie.
to nic, że mój każdy sen jest o Tobie i to nic, że nawet w każdym śnie muszę się siłować ze swoimi słabościami i ciągle dokonywać wyborów. mój mózg działa 24 godziny na najwyższych obrotach i naprawdę jest zmęczony swą działalnością... ale to nic. lubię te sny.
wtedy mogę Cię dotknąć, mogę z Tobą porozmawiać. mogę Cię pocałować.
wtedy widzę Twoje zielone oczy z kropkami, a nawet czasem Twój uśmiech...
tak, czasem się do mnie uśmiechasz...to niesamowite, prawda?
to właśnie w nocy mogę się nacieszyć Twoją obecnością. Twoją bliskością, Twoimi złośliwymi żartami, gówniarami i blondynkami. tak kurwa, cholernie mi tego brakuje.
chyba nikt oprócz mnie nie popiera owego związku. bynajmniej cała reszta ma do niego stosunek analny. łącznie z nim.
całe życie spusty i spusty,
taak. chciałabym wierzyć, że my, że świat, to coś więcej niż krew, pot, sperma i łzy.
cierpię na nicnierobienie, a najgorsze jest to, że maj zbliża się wielkimi krokami. strasznie, ale to strasznie się boję. tak wiem, nie tylko ja.
poza tym boję się jeszcze wielu rzeczy, lecz w przeciwieństwie do niektórych przed nimi nie uciekam. uciekam tylko do Ciebie przed brakiem Twojej osoby, lecz także nie do przesady. zazwyczaj boję się rzeczy i zjawisk, których tak naprawdę nie potrafię nazwać, ale są one w mojej głowie. nieubłaganie. brakuje mi "o" zamiast "i" w kichaniu. jejkuu.
najbardziej mam ochotę znaleźć się z Tobą w jednym pomieszczeniu, tak blisko, by czuć jak oddychasz. tak, by czuć Twą złośliwość, której tak bardzo nie chcesz mi już podarować. o miłości nie wspomnę, o jakimkolwiek miłym uczuciu - nie wspomnę. chcę słuchać, jak wmawiasz mi, że jesteś zły...
EVERY DAY IS GOOD TO CHANGE EVERYTHING. ja w to wierzę. Ty też wierzyłeś, dopóki nie zaczęło chodzić o nas.
miałam wspomnieć o Tobie. więc masz rozdwojenie jaźni i deficyt mózgu kochanie. :*
nosorożec ma kiepski wzrok, ale przy takiej masie, to nie jego problem.
trzecia, czy czwarta kinoteka. kolejna pewnie stanie się paradoksem, bo życie to tylko suma oddechów.
co do nosorożca...
jeżeli lubisz nim być niszcz wszystko skoro jest Ci to neutralne - proszę bardzo.
zaczęłam uwielbiać to, co dzieje się wokół mnie. te wszystkie słowa, które nigdy nie połączą się w logiczną całość, wszystkie gesty i spusty, których nie powinno być w danej sytuacji. wszystkie, wszyyyystkie kilkugodzinne rozmowy o niczym tak naprawdę, bynajmniej miłe bądź nie miłe, które do niczego nie prowadzą.
zaczęłam to uwielbiać, bo cóż innego mi pozostało?
poza tym - cały ten paradoks, jest w jakiś sposób posiadaniem Ciebie, a przy okazji staje się dużą częścią mojego życia.
zrobiłam się psychiczna w tym wszystkim, ale to nic.
ostatnio pozwoliłam sobie użyć stwierdzenia "wkurwiasz mnie", lecz nie, nie Ty mnie wkurwiasz, lecz ja się wkurwiam (ewentualnie z Twojego powodu), więc: "wkurwiłam się".
ostatnio też leżąc sobie błogo w łóżku i próbując zasnąć stwierdziłam, że problem nie leży w nikim innym, lecz we mnie. to ja ubóstwiam pchać się we wszelakie problemy. kocham ludzi ze złem w oczach i jak się potem okazuje - mroczną stroną egzystencji. pociąga mnie to nieubłaganie. w przeciwnym razie wszystko byłoby zbyt nudne. choć przyznam, ostatnio właśnie takiej nudy mi brakuje, lecz na pewno nie zabawiłabym w niej długo. rzygopędnie by to na mnie działało.
mam grypę, leżę w łóżku i wspominam wspaniałe chwile z mojego życia zamiast czytać książki. zaraz wezmę Rosemary w swoje ręce i znów przypomnę sobie czas, gdy czułam się tak samo, jak ona mogąc urodzić dziecko szatana. czułam się dobrze w Twojej roli. pewnie jedynie dlatego, że ja miałam świadomość tego, co dzieje się wokół mnie. Ty nie miałaś tego szczęścia kochanie.
SAM SOBIE NARYSUJ ŚWIAT. COŚ NIE PODOBA CI SIĘ, TO SOBIE TO ZDRAP.
"palenie zabija" - powiedziałam wyciągając z torebki paczkę L&M'ów i zieloną zapalniczkę. wtedy też stwierdziłam, że Filipy są przystojniejsi od Kacprów na tym świecie. dużo przystojniejsi.
i na sam koniec jaram się kolejny tydzień:
co do nosorożca...
jeżeli lubisz nim być niszcz wszystko skoro jest Ci to neutralne - proszę bardzo.
zaczęłam uwielbiać to, co dzieje się wokół mnie. te wszystkie słowa, które nigdy nie połączą się w logiczną całość, wszystkie gesty i spusty, których nie powinno być w danej sytuacji. wszystkie, wszyyyystkie kilkugodzinne rozmowy o niczym tak naprawdę, bynajmniej miłe bądź nie miłe, które do niczego nie prowadzą.
zaczęłam to uwielbiać, bo cóż innego mi pozostało?
poza tym - cały ten paradoks, jest w jakiś sposób posiadaniem Ciebie, a przy okazji staje się dużą częścią mojego życia.
zrobiłam się psychiczna w tym wszystkim, ale to nic.
ostatnio pozwoliłam sobie użyć stwierdzenia "wkurwiasz mnie", lecz nie, nie Ty mnie wkurwiasz, lecz ja się wkurwiam (ewentualnie z Twojego powodu), więc: "wkurwiłam się".
ostatnio też leżąc sobie błogo w łóżku i próbując zasnąć stwierdziłam, że problem nie leży w nikim innym, lecz we mnie. to ja ubóstwiam pchać się we wszelakie problemy. kocham ludzi ze złem w oczach i jak się potem okazuje - mroczną stroną egzystencji. pociąga mnie to nieubłaganie. w przeciwnym razie wszystko byłoby zbyt nudne. choć przyznam, ostatnio właśnie takiej nudy mi brakuje, lecz na pewno nie zabawiłabym w niej długo. rzygopędnie by to na mnie działało.
mam grypę, leżę w łóżku i wspominam wspaniałe chwile z mojego życia zamiast czytać książki. zaraz wezmę Rosemary w swoje ręce i znów przypomnę sobie czas, gdy czułam się tak samo, jak ona mogąc urodzić dziecko szatana. czułam się dobrze w Twojej roli. pewnie jedynie dlatego, że ja miałam świadomość tego, co dzieje się wokół mnie. Ty nie miałaś tego szczęścia kochanie.
SAM SOBIE NARYSUJ ŚWIAT. COŚ NIE PODOBA CI SIĘ, TO SOBIE TO ZDRAP.
"palenie zabija" - powiedziałam wyciągając z torebki paczkę L&M'ów i zieloną zapalniczkę. wtedy też stwierdziłam, że Filipy są przystojniejsi od Kacprów na tym świecie. dużo przystojniejsi.
i na sam koniec jaram się kolejny tydzień:
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)












